Każdy ma jakieś marzenie. Moje marzenie od lat brzmi "schudnąć" i przyćmiło wszelkie inne. Nie umiem się cieszyć życiem, nie umiem się cieszyć chwilą. Niezależnie od tego, co i gdzie robię, ciągle o tym myślę, ciągle widzę siebie przez pryzmat nadmiarowych kilogramów. Jestem gruba równa się jestem brzydka. A jak jestem brzydka, to nie warto o siebie zadbać. Na zakupy też nie pójdę, bo obciach, bo po co, bo i tak się nie zmieszczę, bo i tak nie wyglądam w niczym dobrze. Czasem, bardzo rzadko, mam taki moment, że czuję się w swojej skórze dobrze. Bo włosy mi się ładniej ułożyły, bo zadbałam akurat wyjątkowo o paznokcie albo się umalowałam. I tak idę szczęśliwa ulicą i mam wrażenie, że wszyscy się do mnie uśmiechają, i odpowiadam im na te uśmiechy. A potem przypadkiem spojrzę w lustro w windzie albo zobaczę odbicie swojej figury w sklepowej witrynie i znowu jest dół i jest mi źle, i paznokcie już nie cieszą a włosy wcale nie są ładne, tylko mi się zdawało że takie były...
Takie myśli telepią mi się po głowie każdego dnia. Każdego dnia obciążają, męczą, dręczą. Nie chcą sobie pójść. Czuję się niedowartościowana i niespełniona. Nie czuję się sobą, czuję się uwięziona w worku ze skóry wypełnionej tłuszczem. Nie mogę pokazać i uwolnić tego, co tkwi we mnie. Tego, jaka jestem. Nie potrafię po prostu. Nie umiem zrozumieć, że inni mogą mnie widzieć inaczej niż ja widzę siebie. Dawno też nie słyszałam żadnego komplementu na temat mojego wyglądu, więc skąd miałabym wziąć siłę? We mnie już jej nie ma... Walczę każdego dnia, każdego dnia poświęcam całą moją energię myśleniu o jedzeniu, planowaniu, przeżuwaniu i walce ze słabościami. Prędzej czy później przegrywam. Tak jak dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj.
Ale się nie poddaję, jutro będę znowu walczyła, to już plus minus 4116 dzień. Ciekawe, czy ta odyseja ma koniec? A przede wszystkim czy ma pozytywne zakończenie?
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen