Nie, to jednak się nie uda. Jestem do niczego, nie umiem dotrzymać słowa ani wykonać tego, na czym mi zależy. Najchętniej przespałabym całe życie, żeby nie myśleć o tym, czemu nie podołałam i co znowu zawaliłam. Tylko po jakimś czasie zaczynają mnie męczyć sny i wyrzuty sumienia i już nawet sen nie przynosi ukojenia.
Ten blog jednak nie ma sensu i ja cała też nie mam sensu.
Sonntag, 27. Oktober 2013
Dienstag, 22. Oktober 2013
Dobre nawyki (1)
Rutyna nie zawsze musi być zła. Niektóre czynności, regularnie powtarzane, mogą wnieść bardzo dużo dobrego do naszego życia. Drobnostki, wykonywane każdego dnia w ten sam sposób i o tej samej porze, wchodzą po jakimś czasie w nawyk i stają się dla nas czymś naturalnym, po jakimś czasie działamy po prostu automatycznie. Ważne jest, aby dzięki takim automatyzmom wyrobić w sobie pozytywne nawyki i (jeśli takowe posiadamy) wyprzeć te niekoniecznie dla nas korzystne.
Na początku na pewno nie będzie łatwo, ale każda zmiana wymaga pracy. Ważne, żeby nie robić zbyt wiele naraz, bo dobry nawyk potrzebuje czasu. Trzeba pozostać konsekwentnym, nawet jeśli czasem boli.
W jaki sposób należy podejść do wprowadzenia nawyku do naszego codziennego życia?
Podejmij decyzję.
Wyraźnie określ cel i metodę. Nie używaj półsłówek, nie gdybaj, ważny jest konkretny cel. Dobre określenie to na przykład: Codziennie przed snem nałożę serum pod oczy. Każdego dnia po powrocie z pracy zrobię trzy ćwiczenia z angielskiego. Będę jadła śniadanie zawsze o 7 rano, siedząc przy stole w kuchni. I tak dalej... Ważne, żeby opis nawyku opisywał nie tylko to, co chcemy osiągnąć, ale też porę wykonania tego zadania i ewentualnie wymiar, w jakim chcemy je wykonywać (30 mimut, pięć razy, 50 stron).
Po kolei.
Należy wyrabiać sobie tylko jeden nawyk jednocześnie. W tym wypadku powiedzenie, że co za dużo to niezdrowo, bardzo dobrze się sprawdza. Nawet jeśli nas kusi, żeby zająć się kilkoma nawykami jednocześnie, to musimy się liczyć z tym, że zabraknie nam energii i w efekcie nie osiągniemy niczego.
Koncentracja na nowym nawyku to podstawa, nie przeceniaj siły złych nawyków, ich wyparcie potrzebuje całej Twojej uwagi.
Bez stresu.
Nie należy stawiać sobie zbyt wygórowanych celów. Myśl, że już nigdy nie będę jadła słodyczy, może działać odstraszająco. Łatwiej postanowić nie jeść ich przez 30 dni, ze świadomością, że po tym czasie zawsze można zmienić zdanie. Sęk w tym, czy będęziemy jeszcze tego chcieli :) Trzydzieści dni wystarczy, żeby się lepiej poczuć, ale nie ogranicza tak, jak postanowienie do grobowej deski. Większość nawyków zdążymy w tym czasie polubić i się od nich uzależnić, ponieważ zauważymy ich pozytywne efekty!
Trzeba czasu.
Nowy nawyk zakotwicza się w naszej podświadomości po 3-4 tygodniach. Tyle czasu trzeba, żeby daną czynność zacząć wykonywać automatycznie, bez większego zastanowienia.
Nowy nawyk w miejsce starego.
Jeśli wyrobiliśmy w sobie jakiś nawyk, który nie ma być wykonywany w nieskończoność (np. regularne pisanie pracy magisterskiej, picie drożdży przez trzy miesiące) ważne jest, żeby po jego zakończeniu od razu zastąpić go kolejnym dobrym nawykiem, wykonywanym o tej samej porze. Wtedy łatwiej jest nam się do niego przyzwyczaić i żaden zły nawyk nie wciśnie się na zwolnione miejsce.
I pamiętaj, nie od razu Kraków zbudowano! Trwaj przy swoim zdaniu i walcz ze złymi nawykami, bo tylko one Ciebie ograniczają i nie pozwalają osiągnąć sukcesu.
Moje pierwsze wyzwanie brzmi następująco: Nie będę spała w dzień, a osiągnę to dzięki temu, że każdego dnia tygodnia położę się spać najpóźniej o godzinie 22 i wstanę nie później niż o 5 rano (6 rano w weekendy). Wyjątki dozwolone tylko w przypadku ważnych terminów lub wypadków niezależnych ode mnie. Dziś już "przespałam" start z nowym nawykiem, ale jutro nie zmrużę oka w dzień, niezależnie od tego, jak bardzo będę zmęczona. Dzięki temu bez problemu zasnę wieczorem i mam nadzieję, że znajdę się na dobrej drodze. To początek góry lodowej, ale gdzieś trzeba zacząć :)
Na początku na pewno nie będzie łatwo, ale każda zmiana wymaga pracy. Ważne, żeby nie robić zbyt wiele naraz, bo dobry nawyk potrzebuje czasu. Trzeba pozostać konsekwentnym, nawet jeśli czasem boli.
W jaki sposób należy podejść do wprowadzenia nawyku do naszego codziennego życia?
Podejmij decyzję.
Wyraźnie określ cel i metodę. Nie używaj półsłówek, nie gdybaj, ważny jest konkretny cel. Dobre określenie to na przykład: Codziennie przed snem nałożę serum pod oczy. Każdego dnia po powrocie z pracy zrobię trzy ćwiczenia z angielskiego. Będę jadła śniadanie zawsze o 7 rano, siedząc przy stole w kuchni. I tak dalej... Ważne, żeby opis nawyku opisywał nie tylko to, co chcemy osiągnąć, ale też porę wykonania tego zadania i ewentualnie wymiar, w jakim chcemy je wykonywać (30 mimut, pięć razy, 50 stron).
Po kolei.
Należy wyrabiać sobie tylko jeden nawyk jednocześnie. W tym wypadku powiedzenie, że co za dużo to niezdrowo, bardzo dobrze się sprawdza. Nawet jeśli nas kusi, żeby zająć się kilkoma nawykami jednocześnie, to musimy się liczyć z tym, że zabraknie nam energii i w efekcie nie osiągniemy niczego.
Koncentracja na nowym nawyku to podstawa, nie przeceniaj siły złych nawyków, ich wyparcie potrzebuje całej Twojej uwagi.
Bez stresu.
Nie należy stawiać sobie zbyt wygórowanych celów. Myśl, że już nigdy nie będę jadła słodyczy, może działać odstraszająco. Łatwiej postanowić nie jeść ich przez 30 dni, ze świadomością, że po tym czasie zawsze można zmienić zdanie. Sęk w tym, czy będęziemy jeszcze tego chcieli :) Trzydzieści dni wystarczy, żeby się lepiej poczuć, ale nie ogranicza tak, jak postanowienie do grobowej deski. Większość nawyków zdążymy w tym czasie polubić i się od nich uzależnić, ponieważ zauważymy ich pozytywne efekty!
Trzeba czasu.
Nowy nawyk zakotwicza się w naszej podświadomości po 3-4 tygodniach. Tyle czasu trzeba, żeby daną czynność zacząć wykonywać automatycznie, bez większego zastanowienia.
Nowy nawyk w miejsce starego.
Jeśli wyrobiliśmy w sobie jakiś nawyk, który nie ma być wykonywany w nieskończoność (np. regularne pisanie pracy magisterskiej, picie drożdży przez trzy miesiące) ważne jest, żeby po jego zakończeniu od razu zastąpić go kolejnym dobrym nawykiem, wykonywanym o tej samej porze. Wtedy łatwiej jest nam się do niego przyzwyczaić i żaden zły nawyk nie wciśnie się na zwolnione miejsce.
I pamiętaj, nie od razu Kraków zbudowano! Trwaj przy swoim zdaniu i walcz ze złymi nawykami, bo tylko one Ciebie ograniczają i nie pozwalają osiągnąć sukcesu.
Moje pierwsze wyzwanie brzmi następująco: Nie będę spała w dzień, a osiągnę to dzięki temu, że każdego dnia tygodnia położę się spać najpóźniej o godzinie 22 i wstanę nie później niż o 5 rano (6 rano w weekendy). Wyjątki dozwolone tylko w przypadku ważnych terminów lub wypadków niezależnych ode mnie. Dziś już "przespałam" start z nowym nawykiem, ale jutro nie zmrużę oka w dzień, niezależnie od tego, jak bardzo będę zmęczona. Dzięki temu bez problemu zasnę wieczorem i mam nadzieję, że znajdę się na dobrej drodze. To początek góry lodowej, ale gdzieś trzeba zacząć :)
Sonntag, 20. Oktober 2013
30 minut bez sieci.
Kiedy piszę te słowa, siedzę na kanapie z laptopem na kolanach, przykryta ciepłym fioletowym kocem. Ogrzewanie jeszcze się nie rozkręciło, ale ja zdążyłam się ugruntować w roli zatwardziałego couch potato. Mam czas, żeby cokolwiek napisać, ponieważ... nie działa mi Internet!
Dopiero wtedy, gdy nie mam dostępu do sieci, potrafię skupić się na tym, co mnie faktycznie otacza. Zapominam na moment o wirtualnej rzeczywistości i nagle przypominam sobie, co to takiego być „tu i teraz”. Zaczynam zastanawiać się nad moim życiem, nad tym, dokąd podążąm i czy na pewno to, co robię, zbliża mnie do wymarzonego celu.
Patrzę w przyszłość i widzę dziewczynę ze swoich marzeń. Jaka jest? Ładna, wysportowana, zadowolona z życia, dobrze rozumie się z mężem i ma dwoje, może troje pogodnych maluchów. Wiedzie spokojne, uporządkowane życie. To zadbana, pewna siebie, ale serdeczna kobieta. Dojrzała, wykształcona, zrównoważona. Wie, dokąd dąży, ma przyjaciół, zainteresowania, czas na książkę czy kino.
Kim jestem w tej chwili? Nieoszlifowanym diamentem (lubię tak o sobie myśleć). Zakompleksioną dziewczyną, stąpającą niepewnie po świecie. Szarą myszką, która próbuje na siłę zwrócić na siebie uwagę. Na siłę próbującą zdobyć przyjaciół, nie wierzącą, że ktoś może ją po prostu lubić taką, jaka jest. Mam bałagan w głowie i w domu. Brakuje mi przestrzeni, duszę się we własnym ciele i dławię myślami. Nie mam satysfakcji z tego, jak żyję i tego, co robię na co dzień. Rzadko się uśmiecham, dużo narzekam, często marudzę, stresuję się drobiazgami i łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Nie jestem szczęśliwa. Jestem gruba, brzydka, niezadbana. To, co widać na zewnątrz, to nie ja! To jakaś obca baba, która rozpanoszyła się w moim ciele i robi wszystko na opak.
Trudno z dnia na dzień się zmienić. Trudno powiedzieć sobie stop. Nie wolno, nie powinnam, nie będę, nie wypada, nie tak, nie jutro tylko dziś, nie potem tylko zaraz. Ale z każdym dniem, kiedy zostawiam wszystko bez zmian i pozwalam na ten stan rzeczy, oddalam się od mojego wymarzonego „ja”.
Ramowy plan wydaje się taki prosty:
1. Schudnąć.
2. Skończyć studia.
3. Ogarnąć bałagan.
4. Zadbać o siebie.
To wszystko. Cała reszta wynika ze spełnienia tych czterech punktów. Punkty można rozpisać na podpunkty i ruszyć od zaraz. W planowaniu jestem dobra, ale w wypełnianiu tego, co zaplanowałam - już nie. Może planuję nie tak jak potrzeba? Może powinnam każdego dnia zrobić choćby coś małego, co poprowadzi mnie w kierunku wypełnienia tych czterech punktów? Potrzebuję satysfakcji z życia, spełnienia, doprowadzenia czegoś do celu. Chcę dorosłego życia, w którym będę mogła być mamą i żoną, a nie wieczną studentką z charakterem i wyglądem zapryszczonej nastolatki. Będę odpowiedzialną i pewną siebie kobietą. Żyjącą świadomie i zadowoloną z tego życia. Tego chcę. Czy to tak dużo?
Dopiero wtedy, gdy nie mam dostępu do sieci, potrafię skupić się na tym, co mnie faktycznie otacza. Zapominam na moment o wirtualnej rzeczywistości i nagle przypominam sobie, co to takiego być „tu i teraz”. Zaczynam zastanawiać się nad moim życiem, nad tym, dokąd podążąm i czy na pewno to, co robię, zbliża mnie do wymarzonego celu.
Patrzę w przyszłość i widzę dziewczynę ze swoich marzeń. Jaka jest? Ładna, wysportowana, zadowolona z życia, dobrze rozumie się z mężem i ma dwoje, może troje pogodnych maluchów. Wiedzie spokojne, uporządkowane życie. To zadbana, pewna siebie, ale serdeczna kobieta. Dojrzała, wykształcona, zrównoważona. Wie, dokąd dąży, ma przyjaciół, zainteresowania, czas na książkę czy kino.
Kim jestem w tej chwili? Nieoszlifowanym diamentem (lubię tak o sobie myśleć). Zakompleksioną dziewczyną, stąpającą niepewnie po świecie. Szarą myszką, która próbuje na siłę zwrócić na siebie uwagę. Na siłę próbującą zdobyć przyjaciół, nie wierzącą, że ktoś może ją po prostu lubić taką, jaka jest. Mam bałagan w głowie i w domu. Brakuje mi przestrzeni, duszę się we własnym ciele i dławię myślami. Nie mam satysfakcji z tego, jak żyję i tego, co robię na co dzień. Rzadko się uśmiecham, dużo narzekam, często marudzę, stresuję się drobiazgami i łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Nie jestem szczęśliwa. Jestem gruba, brzydka, niezadbana. To, co widać na zewnątrz, to nie ja! To jakaś obca baba, która rozpanoszyła się w moim ciele i robi wszystko na opak.
Trudno z dnia na dzień się zmienić. Trudno powiedzieć sobie stop. Nie wolno, nie powinnam, nie będę, nie wypada, nie tak, nie jutro tylko dziś, nie potem tylko zaraz. Ale z każdym dniem, kiedy zostawiam wszystko bez zmian i pozwalam na ten stan rzeczy, oddalam się od mojego wymarzonego „ja”.
Ramowy plan wydaje się taki prosty:
1. Schudnąć.
2. Skończyć studia.
3. Ogarnąć bałagan.
4. Zadbać o siebie.
To wszystko. Cała reszta wynika ze spełnienia tych czterech punktów. Punkty można rozpisać na podpunkty i ruszyć od zaraz. W planowaniu jestem dobra, ale w wypełnianiu tego, co zaplanowałam - już nie. Może planuję nie tak jak potrzeba? Może powinnam każdego dnia zrobić choćby coś małego, co poprowadzi mnie w kierunku wypełnienia tych czterech punktów? Potrzebuję satysfakcji z życia, spełnienia, doprowadzenia czegoś do celu. Chcę dorosłego życia, w którym będę mogła być mamą i żoną, a nie wieczną studentką z charakterem i wyglądem zapryszczonej nastolatki. Będę odpowiedzialną i pewną siebie kobietą. Żyjącą świadomie i zadowoloną z tego życia. Tego chcę. Czy to tak dużo?
Samstag, 19. Oktober 2013
Jak to ze mną jest?
Jeśli ktoś by mnie teraz odwiedził, spaliłabym się ze wstydu. Ale ja przyzwyczaiłam się niestety do otaczającego mnie bałaganu, bo widzę go na co dzień. Dlatego nie działa na mnie aż tak drastycznie, ale mnie niesamowicie przytłacza. Będąc w pracy planuję popołudnie i chcę tak dużo zrobić, ale po przekroczeniu progu domu otacza mnie niemoc i bezradność. Podniesienie ręki wymaga nie wiadomo jakiego wysiłku, muszę się przemóc za każdym razem, żeby ugotować obiad. Najchętniej kładę się i zasypiam, bo wtedy nie muszę o tym wszystkim myśleć.
Widzę i wiem, że z każdym uporządkowanym bądź wyrzuconym przedmiotem - ba, nawet z każdym skasowanym mailem! - czuję się lepiej ale co z tego, skoro brak mi sił na konsekwentne działania? Robię krok w przód a zaraz potem trzy kroki w tył. Może chcę za dużo naraz, może to niedoleczona depresja - nie wiem... Ale jeśli to się nie zmieni, to kiedyś coś we mnie pęknie i będę miała już tylko siłę żeby leżeć na kanapie, gapiąc się bezmyślnie w sufit.
Mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie potrafię być porządną panią domu. Że go zaniedbuję, że w kurzu można pisać palcem całe wiersze, że wszędzie leżą stare gazety (bo nie wyrzucę, przecież jeszcze nie przeczytałam!), nieuprasowane ubrania od pół roku, stoją smutne kwiatki czekające na przesadzenie a deska do prasowania i orbitrek zginęły już dawno pod stosem ubrań i książek. Czuję się tak, jakby te wszystkie rzeczy leżały na mojej głowie, jakbym je non stop ciągnęła za sobą po domu na jakimś niewidocznym sznurku. Ale boję się cokolwiek wyrzucić bez pedantycznego przejrzenia, boję się że stracę coś o czym nie wiem, co się na bank ukrywa w pozostałościach ostatnich pięciu lat. Mam zadatki na messie o ile jeszcze nie jestem jednym z nich. Nie umiem się uczyć w tych warunkach, nie żyję - egzystuję.
Dlatego potrzebuję tego bloga - żeby przetrawić to, co kłębi się w mojej głowie, uporządkować myśli. Tylko jeszcze nie znalazłam na to odpowiedniego sposobu, nie wiem którędy droga, żeby terapia blogowa mi pomogła. Pierwsze próby nie przyniosły sukcesu, ale nie będę się poddawała.
Nie wiem czy znacie Ursusa Wehrli? Myślę, że mam w głowie coś z niego, dla mnie istnieją tylko dwie opcje: porządek idealny i bałagan. Jeśli nie mam szans na porządek idealny, to nie tknę bałaganu i pozwolę mu się dalej rozwijać.
Wehrli porządkuje wszystko - od obrazów przez piaskownicę po frytki. Na YT można obejrzeć krótki film na temat jego "działalności":
Posprzątać można różne rzeczy.... makaron w zupie:
frytki:
albo sałatkę owocową:
W lutym będzie w Berlinie, jeszcze nie można kupić biletów, ale mam nadzieję, że nie zapomnę i wybiorę się do teatru na jego show. Polecam: http://www.kunstaufraeumen.ch/.
Widzę i wiem, że z każdym uporządkowanym bądź wyrzuconym przedmiotem - ba, nawet z każdym skasowanym mailem! - czuję się lepiej ale co z tego, skoro brak mi sił na konsekwentne działania? Robię krok w przód a zaraz potem trzy kroki w tył. Może chcę za dużo naraz, może to niedoleczona depresja - nie wiem... Ale jeśli to się nie zmieni, to kiedyś coś we mnie pęknie i będę miała już tylko siłę żeby leżeć na kanapie, gapiąc się bezmyślnie w sufit.
Mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie potrafię być porządną panią domu. Że go zaniedbuję, że w kurzu można pisać palcem całe wiersze, że wszędzie leżą stare gazety (bo nie wyrzucę, przecież jeszcze nie przeczytałam!), nieuprasowane ubrania od pół roku, stoją smutne kwiatki czekające na przesadzenie a deska do prasowania i orbitrek zginęły już dawno pod stosem ubrań i książek. Czuję się tak, jakby te wszystkie rzeczy leżały na mojej głowie, jakbym je non stop ciągnęła za sobą po domu na jakimś niewidocznym sznurku. Ale boję się cokolwiek wyrzucić bez pedantycznego przejrzenia, boję się że stracę coś o czym nie wiem, co się na bank ukrywa w pozostałościach ostatnich pięciu lat. Mam zadatki na messie o ile jeszcze nie jestem jednym z nich. Nie umiem się uczyć w tych warunkach, nie żyję - egzystuję.
Dlatego potrzebuję tego bloga - żeby przetrawić to, co kłębi się w mojej głowie, uporządkować myśli. Tylko jeszcze nie znalazłam na to odpowiedniego sposobu, nie wiem którędy droga, żeby terapia blogowa mi pomogła. Pierwsze próby nie przyniosły sukcesu, ale nie będę się poddawała.
Nie wiem czy znacie Ursusa Wehrli? Myślę, że mam w głowie coś z niego, dla mnie istnieją tylko dwie opcje: porządek idealny i bałagan. Jeśli nie mam szans na porządek idealny, to nie tknę bałaganu i pozwolę mu się dalej rozwijać.
Wehrli porządkuje wszystko - od obrazów przez piaskownicę po frytki. Na YT można obejrzeć krótki film na temat jego "działalności":
Posprzątać można różne rzeczy.... makaron w zupie:
frytki:
albo sałatkę owocową:
W lutym będzie w Berlinie, jeszcze nie można kupić biletów, ale mam nadzieję, że nie zapomnę i wybiorę się do teatru na jego show. Polecam: http://www.kunstaufraeumen.ch/.
Abonnieren
Posts (Atom)



