Sonntag, 20. Oktober 2013

30 minut bez sieci.

Kiedy piszę te słowa, siedzę na kanapie z laptopem na kolanach, przykryta ciepłym fioletowym kocem. Ogrzewanie jeszcze się nie rozkręciło, ale ja zdążyłam się ugruntować w roli zatwardziałego couch potato. Mam czas, żeby cokolwiek napisać, ponieważ... nie działa mi Internet!


Dopiero wtedy, gdy nie mam dostępu do sieci, potrafię skupić się na tym, co mnie faktycznie otacza. Zapominam na moment o wirtualnej rzeczywistości i nagle przypominam sobie, co to takiego być „tu i teraz”. Zaczynam zastanawiać się nad moim życiem, nad tym, dokąd podążąm i czy na pewno to, co robię, zbliża mnie do wymarzonego celu.

Patrzę w przyszłość i widzę dziewczynę ze swoich marzeń. Jaka jest? Ładna, wysportowana, zadowolona z życia, dobrze rozumie się z mężem i ma dwoje, może troje pogodnych maluchów. Wiedzie spokojne, uporządkowane życie. To zadbana, pewna siebie, ale serdeczna kobieta. Dojrzała, wykształcona, zrównoważona. Wie, dokąd dąży, ma przyjaciół, zainteresowania, czas na książkę czy kino.

Kim jestem w tej chwili? Nieoszlifowanym diamentem (lubię tak o sobie myśleć). Zakompleksioną dziewczyną, stąpającą niepewnie po świecie. Szarą myszką, która próbuje na siłę zwrócić na siebie uwagę. Na siłę próbującą zdobyć przyjaciół, nie wierzącą, że ktoś może ją po prostu lubić taką, jaka jest. Mam bałagan w głowie i w domu. Brakuje mi przestrzeni, duszę się we własnym ciele i dławię myślami. Nie mam satysfakcji z tego, jak żyję i tego, co robię na co dzień. Rzadko się uśmiecham, dużo narzekam, często marudzę, stresuję się drobiazgami i łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Nie jestem szczęśliwa. Jestem gruba, brzydka, niezadbana. To, co widać na zewnątrz, to nie ja! To jakaś obca baba, która rozpanoszyła się w moim ciele i robi wszystko na opak.

Trudno z dnia na dzień się zmienić. Trudno powiedzieć sobie stop. Nie wolno, nie powinnam, nie będę, nie wypada, nie tak, nie jutro tylko dziś, nie potem tylko zaraz. Ale z każdym dniem, kiedy zostawiam wszystko bez zmian i pozwalam na ten stan rzeczy, oddalam się od mojego wymarzonego „ja”.

Ramowy plan wydaje się taki prosty:
1. Schudnąć.
2. Skończyć studia.
3. Ogarnąć bałagan.
4. Zadbać o siebie.

To wszystko. Cała reszta wynika ze spełnienia tych czterech punktów. Punkty można rozpisać na podpunkty i ruszyć od zaraz. W planowaniu jestem dobra, ale w wypełnianiu tego, co zaplanowałam - już nie. Może planuję nie tak jak potrzeba? Może powinnam każdego dnia zrobić choćby coś małego, co poprowadzi mnie w kierunku wypełnienia tych czterech punktów? Potrzebuję satysfakcji z życia, spełnienia, doprowadzenia czegoś do celu. Chcę dorosłego życia, w którym będę mogła być mamą i żoną, a nie wieczną studentką z charakterem i wyglądem zapryszczonej nastolatki. Będę odpowiedzialną i pewną siebie kobietą. Żyjącą świadomie i zadowoloną z tego życia. Tego chcę. Czy to tak dużo?

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen